wtorek, 19 lutego 2013

▬▬▬ ♠. Rozdział pierwszy. „To była jedyna ucieczka przed rzeczywistością.”



Gwałtownie otworzyła oczy, przez co momentalnie je zamknęła pod wpływem jasnego światła. Kolejnym razem jednak zrobiła to powoli, rozglądając się dookoła. Białe, idealnie czyste ściany, pikanie aparatu, ciche uderzanie kropli o jakąś wodę, rurki, ubranie, łóżko i charakterystyczny zapach. Na samą myśl, że jest w szpitalu się skrzywiła. W takim razie, ciotka Julie ją znalazła. „Świetnie” – przebiegło jej w głowie. Dopiero po chwili poczuła, jak drapie ją w gardle, ale nawet nie dała rady czegokolwiek powiedzieć. Słysząc, jak ktoś wchodzi do sali, momentalnie zamknęła oczy.
- Kiedy się wybudzi? – Głos, który usłyszała lekko zbił ją z tropu. Nie należał do osób, z którymi mieszkała. Wręcz przeciwnie. Był to głos jej... przyjaciela, o którym już dawno „zapomniała”. Lekarz nawet nie zdążył odpowiedzieć. Rosemarie odkaszlnęła, otwierając swoje oczy.
Mężczyzna, na około 34 lat, podszedł do niej z delikatnym uśmiechem podając kubek z wodą. Rosie chętnie ją przyjęła. Już po kilku sekundach opróżniła całe naczynie.
- Jak się czujesz? – Rose bała się powiedzieć cokolwiek. Bała się, jak będzie jej głos brzmiał.
- D-dobrze, tak sądzę... – Odpowiedziała cichym głosem, wpatrując się w lekarza. Wiedziała, że porozmawiać z chłopakiem będzie mogła, kiedy mężczyzna wyjdzie. Było jej ciężko, czuła się słaba, a na dodatek zmęczona, ale chciała pozbyć się przystojnego bruneta z sali. – Który dzisiaj jest?
- Dwudziesty czwarty lipca, moja droga damo. – Odparł lekarz swoim spokojnym i opanowanym głosem. Nie gardził nią, jak robiła to większość osób, znających osoby, które chciały się zabić. – Wpadnę do ciebie później. – Pokiwała głową, usłyszała ciche „dziękuję” ze strony szatyna i zamykające się drzwi. Przeniosła wzrok na Sebastiana. Siedział, wpatrując się w ścianę przed nim. Nie spoglądał na nią. Jego oczy jednak zdradzały wszystko. Bolało go to, co zrobiła. W tamtym momencie panna Morgan za nic nie myślała o przyjaciołach z Londynu. Nie myślała o tym, co mogłoby się wydarzyć. Dopiero po chwili Della Robbia przeniósł na nią swój wzrok. Rosemarie nie mogła dostrzec w nich tych radosnych iskierek, jakie widziała trzy lata temu. Nie dostrzegła też żadnego cienia radości na jego twarzy. Widziała tylko smutek i łzy, żal, gorycz, rozpacz.
- Dlaczego? – Spytał, łamiącym się głosem. Rosie nigdy nie zrozumiała tej więzi, jaka była między nią, a tą rodziną. Odda kochała naprawdę mocno. Był dla niej ogromnym wsparciem, tak samo jak ukochana chrzestna Effy. Lisa i Seba od zawsze byli najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny, jednak z chłopakiem miała jakby podwójną więź. Zawsze ją rozumiał, zawsze był przy niej. Niesamowicie też kochała swojego chrzestnego – Jeremiego, który również załamał się po śmierci jej matki. Na samo wspomnienie, do oczu Ross nabrały się łzy. – Za sześć dni masz urodziny. Rosie, dlaczego? – Nie reagował na to, że dziewczyna chciała wybuchnąć płaczem. W tym momencie go to nie obchodziło, użył naczelnego argumentu Jera do takich typu rozmów. „Czasami trzeba być egoistą.” Musiał się dowiedzieć, co takiego się stało, że jego przyjaciółka próbowała się zabić. Po dłużej chwili jednak odpuścił. Była tak samo uparta, jak jej rodzice. – Lisa wpadnie potem. – Dodał, wstając, po czym wyszedł z sali, nie czekając, aż dziewczyna się odezwie. Włożył ręce do kieszeni, a następnie opuścił szpital.
Londyn nawet o tej porze roku nie wyglądał rewelacyjnie. Ciemne, popołudniowe chmury zbierały się nad miastem. Większość ludzi chowało się w bramach albo pouciekało do swoich domów. Niektórzy pędem zmykali, by tylko deszcz ich nie spotkał. Co chwilę było słychać, jak ktoś w samochodzie trąbi na drugie auto, a taksówki zatrzymywały się przy co drugim osobniku.
Sebastian zarzucił kaptur na głowę, a słuchawki włożył do uszu. To była jedyna ucieczka przed rzeczywistością.
Po policzkach Rosemarie popłynęły łzy. Szybko jednak je otarła, nie chcąc pokazywać się z podkrążonymi od płaczu oczyma.
Kilkuminutowe wpatrywanie się w biały sufit, w którym zdążyła dostrzec już jakieś piętnaście rys, przerwały otwierające się drzwi. Stała w nich ciotka Juliette i Effy oraz wujek Jeremy. Rosie momentalnie spuściła wzrok. Wiedziała, że najbardziej zaboli ją kazanie od Jerego, ale teraz tego potrzebowała. Traktował ją nie jako chrześnicę, a jako przyjaciółkę. Jak jej zmarłą matkę. Trwali w ciszy. Brunet stał oparty o ścianę, mając złożone ręce na piersi. Blondynka wpatrywała się w nią z niemałym szokiem, ale i smutkiem wymalowanym na twarzy, jakby chciała powiedzieć, jak bardzo ją zraniła. A fioletowowłosa? Nawet na nią nie patrzyła. Siedziała na parapecie okna szpitalnego, wpatrując się w część Londynu. Ross zaś próbowała wszędzie uciec spojrzeniem, a najczęściej zatrzymywała swój wzrok na Julie.
Po chwili jednak Walker podniosła się z parapetu, podchodząc do łóżka dziewczyny.
- Zamieszkasz z Vee i Jeremym, Rosemarie. – Jej głos był stanowczy, ale pobrzmiewał w nim smutek i troska. Wiedziała, że zawiodła. Jako opiekunka powinna być przy niej non stop. – Przywiozę jutro twoje rzeczy. – Julie pogłaskała swoją byłą podopieczną po włosach, po czym ucałowała jej czoło. – Zawsze byłaś podobna do matki. Tylko szkoda, że ty chcesz zepsuć siebie od razu. – Dodała, cicho wzdychając. Szybkim krokiem opuściła salę, nie chcąc przebywać w niej ani sekundy dłużej. Rosie przeniosła swój wzrok na ciocię, która miała spuszczoną głowę. Jak na 26-latkę wyglądała naprawdę młodo, ale teraz, kiedy łzy spływały po jej policzkach, przypominała co najmniej dziewczynę chodzącą jeszcze na studia. Jeremy szepnął coś blondynce na ucho, po czym ta opuściła pomieszczenie. Sam brunet podszedł do łóżka Rosie spokojnie, z dystansem.
- Co zamierzasz teraz? – Odezwał się opanowanym głosem. „Udawany spokój” – skomentowała dziewczyna, przenosząc swój wzrok na bruneta. On wpatrywał się w nią z niemałą troską. – Drugi raz? Trzeci? Czwarty? Aż się uda? – Próbował panować głos, dobrze wiedząc, że Rosemarie to nie Katherine. To jeszcze „niewinne” dziecko. – Rosie, skarbie, dlaczego? Słońce... – Westchnął, wpatrując się w jej tęczówki. Ona miała ochotę się rozpłakać. Jer nie wytrzymał. Po prostu usiadł na krześle i przytulił się do niej, jakby to on był niedojrzałym, 18-letnim chłopakiem.


_______________________________________________________________

Możecie mnie zabić, jeśli chcecie, ale wtedy reszty rozdziałów nie dostaniecie. Ostrzegam na samym początku - rozdziały będą takie krótkie. Nie umiem, nie chcę i nie będę pisać dłuższych. Wiem, że gdybym złączyła te dwa rozdziały razem nie wyszłoby to, co chciałabym, by wyszło. Ile chcę mieć rozdziałów? Prolog + Epliog + 15 rozdziałów.
No dobrze, więc wy sobie mnie zabijajcie, a ja... Idk, idę coś robić.
Love,
Kath.