Gwałtownie otworzyła oczy, przez
co momentalnie je zamknęła pod wpływem jasnego światła. Kolejnym razem jednak
zrobiła to powoli, rozglądając się dookoła. Białe, idealnie czyste ściany,
pikanie aparatu, ciche uderzanie kropli o jakąś wodę, rurki, ubranie, łóżko i
charakterystyczny zapach. Na samą myśl, że jest w szpitalu się skrzywiła. W
takim razie, ciotka Julie ją znalazła. „Świetnie” – przebiegło jej w głowie.
Dopiero po chwili poczuła, jak drapie ją w gardle, ale nawet nie dała rady
czegokolwiek powiedzieć. Słysząc, jak ktoś wchodzi do sali, momentalnie
zamknęła oczy.
- Kiedy się wybudzi? – Głos,
który usłyszała lekko zbił ją z tropu. Nie należał do osób, z którymi
mieszkała. Wręcz przeciwnie. Był to głos jej... przyjaciela, o którym już dawno
„zapomniała”. Lekarz nawet nie zdążył odpowiedzieć. Rosemarie odkaszlnęła,
otwierając swoje oczy.
Mężczyzna, na około 34 lat,
podszedł do niej z delikatnym uśmiechem podając kubek z wodą. Rosie chętnie ją
przyjęła. Już po kilku sekundach opróżniła całe naczynie.
- Jak się czujesz? – Rose bała
się powiedzieć cokolwiek. Bała się, jak będzie jej głos brzmiał.
- D-dobrze, tak sądzę... –
Odpowiedziała cichym głosem, wpatrując się w lekarza. Wiedziała, że porozmawiać
z chłopakiem będzie mogła, kiedy mężczyzna wyjdzie. Było jej ciężko, czuła się
słaba, a na dodatek zmęczona, ale chciała pozbyć się przystojnego bruneta z
sali. – Który dzisiaj jest?
- Dwudziesty czwarty lipca, moja
droga damo. – Odparł lekarz swoim spokojnym i opanowanym głosem. Nie gardził
nią, jak robiła to większość osób, znających osoby, które chciały się zabić. –
Wpadnę do ciebie później. – Pokiwała głową, usłyszała ciche „dziękuję” ze
strony szatyna i zamykające się drzwi. Przeniosła wzrok na Sebastiana. Siedział,
wpatrując się w ścianę przed nim. Nie spoglądał na nią. Jego oczy jednak
zdradzały wszystko. Bolało go to, co zrobiła. W tamtym momencie panna Morgan za
nic nie myślała o przyjaciołach z Londynu. Nie myślała o tym, co mogłoby się
wydarzyć. Dopiero po chwili Della Robbia przeniósł na nią swój wzrok. Rosemarie
nie mogła dostrzec w nich tych radosnych iskierek, jakie widziała trzy lata
temu. Nie dostrzegła też żadnego cienia radości na jego twarzy. Widziała tylko
smutek i łzy, żal, gorycz, rozpacz.
- Dlaczego? – Spytał, łamiącym
się głosem. Rosie nigdy nie zrozumiała tej więzi, jaka była między nią, a tą
rodziną. Odda kochała naprawdę mocno. Był dla niej ogromnym wsparciem, tak samo
jak ukochana chrzestna Effy. Lisa i Seba od zawsze byli najlepszymi przyjaciółmi
dziewczyny, jednak z chłopakiem miała jakby podwójną więź. Zawsze ją rozumiał,
zawsze był przy niej. Niesamowicie też kochała swojego chrzestnego – Jeremiego,
który również załamał się po śmierci jej matki. Na samo wspomnienie, do oczu
Ross nabrały się łzy. – Za sześć dni masz urodziny. Rosie, dlaczego? – Nie
reagował na to, że dziewczyna chciała wybuchnąć płaczem. W tym momencie go to
nie obchodziło, użył naczelnego argumentu Jera do takich typu rozmów. „Czasami
trzeba być egoistą.” Musiał się dowiedzieć, co takiego się stało, że jego
przyjaciółka próbowała się zabić. Po dłużej chwili jednak odpuścił. Była tak
samo uparta, jak jej rodzice. – Lisa wpadnie potem. – Dodał, wstając, po czym
wyszedł z sali, nie czekając, aż dziewczyna się odezwie. Włożył ręce do
kieszeni, a następnie opuścił szpital.
Londyn nawet o tej porze roku nie
wyglądał rewelacyjnie. Ciemne, popołudniowe chmury zbierały się nad miastem.
Większość ludzi chowało się w bramach albo pouciekało do swoich domów.
Niektórzy pędem zmykali, by tylko deszcz ich nie spotkał. Co chwilę było
słychać, jak ktoś w samochodzie trąbi na drugie auto, a taksówki zatrzymywały
się przy co drugim osobniku.
Sebastian zarzucił kaptur na
głowę, a słuchawki włożył do uszu. To była jedyna ucieczka przed
rzeczywistością.
Po policzkach Rosemarie popłynęły
łzy. Szybko jednak je otarła, nie chcąc pokazywać się z podkrążonymi od płaczu
oczyma.
Kilkuminutowe wpatrywanie się w
biały sufit, w którym zdążyła dostrzec już jakieś piętnaście rys, przerwały
otwierające się drzwi. Stała w nich ciotka Juliette i Effy oraz wujek Jeremy.
Rosie momentalnie spuściła wzrok. Wiedziała, że najbardziej zaboli ją kazanie
od Jerego, ale teraz tego potrzebowała. Traktował ją nie jako chrześnicę, a
jako przyjaciółkę. Jak jej zmarłą matkę. Trwali w ciszy. Brunet stał oparty o
ścianę, mając złożone ręce na piersi. Blondynka wpatrywała się w nią z niemałym
szokiem, ale i smutkiem wymalowanym na twarzy, jakby chciała powiedzieć, jak
bardzo ją zraniła. A fioletowowłosa? Nawet na nią nie patrzyła. Siedziała na
parapecie okna szpitalnego, wpatrując się w część Londynu. Ross zaś próbowała
wszędzie uciec spojrzeniem, a najczęściej zatrzymywała swój wzrok na Julie.
Po chwili jednak Walker podniosła
się z parapetu, podchodząc do łóżka dziewczyny.
- Zamieszkasz z Vee i Jeremym,
Rosemarie. – Jej głos był stanowczy, ale pobrzmiewał w nim smutek i troska.
Wiedziała, że zawiodła. Jako opiekunka powinna być przy niej non stop. –
Przywiozę jutro twoje rzeczy. – Julie pogłaskała swoją byłą podopieczną po
włosach, po czym ucałowała jej czoło. – Zawsze byłaś podobna do matki. Tylko
szkoda, że ty chcesz zepsuć siebie od razu. – Dodała, cicho wzdychając. Szybkim
krokiem opuściła salę, nie chcąc przebywać w niej ani sekundy dłużej. Rosie
przeniosła swój wzrok na ciocię, która miała spuszczoną głowę. Jak na 26-latkę
wyglądała naprawdę młodo, ale teraz, kiedy łzy spływały po jej policzkach,
przypominała co najmniej dziewczynę chodzącą jeszcze na studia. Jeremy szepnął
coś blondynce na ucho, po czym ta opuściła pomieszczenie. Sam brunet podszedł
do łóżka Rosie spokojnie, z dystansem.
- Co zamierzasz teraz? – Odezwał
się opanowanym głosem. „Udawany spokój” – skomentowała dziewczyna, przenosząc
swój wzrok na bruneta. On wpatrywał się w nią z niemałą troską. – Drugi raz?
Trzeci? Czwarty? Aż się uda? – Próbował panować głos, dobrze wiedząc, że
Rosemarie to nie Katherine. To jeszcze „niewinne” dziecko. – Rosie, skarbie,
dlaczego? Słońce... – Westchnął, wpatrując się w jej tęczówki. Ona miała ochotę
się rozpłakać. Jer nie wytrzymał. Po prostu usiadł na krześle i przytulił się
do niej, jakby to on był niedojrzałym, 18-letnim chłopakiem.
_______________________________________________________________
Możecie mnie zabić, jeśli chcecie, ale wtedy reszty rozdziałów nie dostaniecie. Ostrzegam na samym początku - rozdziały będą takie krótkie. Nie umiem, nie chcę i nie będę pisać dłuższych. Wiem, że gdybym złączyła te dwa rozdziały razem nie wyszłoby to, co chciałabym, by wyszło. Ile chcę mieć rozdziałów? Prolog + Epliog + 15 rozdziałów.
No dobrze, więc wy sobie mnie zabijajcie, a ja... Idk, idę coś robić._______________________________________________________________
Możecie mnie zabić, jeśli chcecie, ale wtedy reszty rozdziałów nie dostaniecie. Ostrzegam na samym początku - rozdziały będą takie krótkie. Nie umiem, nie chcę i nie będę pisać dłuższych. Wiem, że gdybym złączyła te dwa rozdziały razem nie wyszłoby to, co chciałabym, by wyszło. Ile chcę mieć rozdziałów? Prolog + Epliog + 15 rozdziałów.
Love,
To jest po prostu .. genialne. Brak mi słów. Kath, kochanie, Ty wiesz, co chcę powiedzieć. <3
OdpowiedzUsuńNie lubię fakt iż nie powiedziałaś mi o tym że zaczęłaś to publikować :c moje zdanie znasz, w końcu poznałaś je jeszcze wcześniej, i one na pewno się nie zmienia,
OdpowiedzUsuńkocham xx